fbpx

Obornicka lekkość bytu po Festiwalu Fotocooltura

Chcę napisać coś, co nie przytłacza, co swoją lekkością można porównać do pneumatycznych ptasich kości. Piszę więc o Obornikach, których nazwa nie kojarzy się z niczym przyjemnym, ale w rzeczywistości przebywanie tam jest jedną z najlepszych rzeczy na świecie.

Oborniki nie przytłaczają, sprawiają, że  małymi uliczkami mogą wędrować wielkie marzenia, a wśród znanych twarzy, mijanych codziennie można znaleźć swoje odbicie sprzed roku, a nawet sprzed kilku lat. Dlatego chcesz stamtąd wyjeżdżać, ale jeszcze bardziej chcesz tam wracać. To paradoks, w który wciąż nikt nie wierzy. Ja wierzę, bo doświadczam go na własnej skórze. I to właśnie na własnej skórze doświadczyłam, że  kultura fotograficzna w Obornikach to nie oksymoron, to rzecz, która wydarzyła się naprawdę. Z biegiem czasu jednak, zastanawiam się czy to nie był sen, a jeśli tak, to komu pozwoliłam się z niego obudzić?

Festiwal Fotocooltura był jedną z tych fantastycznych rzeczy, które pozostają  w pamięci na długi czas. Był jak zastrzyk adrenaliny, który pobudza do działania, który nie pozwala zapomnieć, a jego skutki odczuwa się jeszcze do dziś.  Będąc tam, przebywając, zalewała mnie fala tego, co nazywa się pasją tworzenia. Oddychałam tylko tym, czym było przesycone powietrze festiwalowe. Spotkania, wykłady, wernisaże były tylko siłą napędową do tego żeby zatrzymać się i przez chwilę przyjrzeć się temu, co pozwala innym unieść się parę centymetrów nad obornickim chodnikiem. Nie dlatego, żeby zobaczyć namalowane tam napisy, kierujące do wystaw, ale żeby z tej małej alegorycznej wysokości inaczej spojrzeć na to, co mija się codziennie.

Ja odkryłam zupełnie coś innego, coś czego dotąd nie widziałam, a co w gruncie rzeczy może nie jest najważniejsze, ale najważniejsze jest to, żeby to dostrzec. To coś, to dostrzeżenie ludzi, którym zależy na tym, żeby dzielić się swoją pasję, żeby opowiadać o niej w tak prosty sposób, że wychodzenie w trakcie trwania jakiegokolwiek spotkania z fotografem zakrawa o zbrodnię podobną do zapalania światła w ciemni, podczas wywoływania zdjęć!

Życzliwość wolontariuszy i zaangażowanie organizatorów można porównać z rodzinną atmosferą, której nie sposób opisać tym, którzy nie mieli okazji się o tym przekonać. To miasto i ludzie, którzy stworzyli wspaniałą machinę wytwarzającą pozytywne emocje mają moc, która mnie z nimi wiąże.  To romans tego, co znane, z tym co ukochane. Wpadam więc po uszy i niech nikt więcej nie budzi mnie z tego miasteczkowego i festiwalowego snu.