Ministerstwo naprawia wilka. Przy okazji psuje język

Ministerstwo Klimatu i Środowiska postanowiło rozprawić się z krzywdą wilków. Nie z kłusownictwem, nie z problemami na linii człowiek-drapieżnik i nie z brakiem rzetelnej wiedzy o zachowaniu dzikich zwierząt. Urzędnicy zabrali się za polskie powiedzenia, sentencje i związki frazeologiczne.
„Człowiek człowiekowi wilkiem” ma obarczać wilki odpowiedzialnością za ludzkie zachowania. „Wilczy apetyt” ma stygmatyzować zdrową relację z jedzeniem. „Wilczy bilet” ma przypisywać wilkom negatywne konsekwencje społeczne, a „wilk w owczej skórze” utrwalać stereotyp złych intencji drapieżnika. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ktoś w Ministerstwie Klimatu i Środowiska bardzo chciał stworzyć kampanię nowoczesną, postępową i internetową, ale po drodze zgubił zdrowy rozsądek.
Wilk z „relacją z jedzeniem”
Najbardziej kuriozalne jest stwierdzenie, że określenie „wilczy apetyt” oznacza „stygmatyzowanie zdrowej relacji z jedzeniem”. Naprawdę mówimy tu o wilku, dzikim drapieżniku, któremu urzędnicy przypisali niemal terapeutyczną kategorię „relacji z jedzeniem”, a następnie uznali, że polszczyzna tę relację krzywdzi.
To nie jest edukacja przyrodnicza. To urzędniczy bełkot sklejony z modnych pojęć, które najwyraźniej można dziś przykleić do wszystkiego. Jeszcze chwila i dowiemy się, że niedźwiedź zapadający w sen zimowy wymaga kampanii przeciwko zawstydzaniu osób potrzebujących odpoczynku, a „mysia dziura” narusza godność małych gryzoni.
Brzmi głupio, bo jest głupie.
„Wilczy bilet” nie został wystawiony przez watahę
Równie osobliwie ministerstwo interpretuje „wilczy bilet”, który ma być przykładem „przypisywania wilkom negatywnych konsekwencji społecznych”. Problem w tym, że zwrot ma historyczne korzenie i wiąże się z dawną rosyjską rzeczywistością, w której określano tak dokument lub status człowieka ograniczający jego możliwości nauki, pracy i normalnego funkcjonowania w społeczeństwie.
Nikt, używając dziś słów „wilczy bilet”, nie analizuje społecznej odpowiedzialności gatunku Canis lupus. Nikt nie obarcza watahy winą za system represji i wykluczenia. To metafora, czyli jedno z podstawowych narzędzi ludzkiego języka.
Czy naprawdę trzeba tłumaczyć to ministerstwu Rzeczypospolitej Polskiej?
Biblia także do poprawki?
Jeszcze ciekawiej robi się przy „wilku w owczej skórze”, bo zdaniem ministerstwa ten zwrot utrwala stereotyp, według którego wilk zawsze ma złe intencje. Tyle że źródłem tej metafory jest tradycja biblijna, a wilk nie występuje tam jako bohater filmu przyrodniczego ani obiekt analizy zoologicznej. Jest symbolem ukrytego zagrożenia, obrazem kogoś, kto pod pozorem łagodności skrywa niebezpieczne zamiary.
Nikt rozsądny po usłyszeniu słów „wilk w owczej skórze” nie biegnie do lasu przekonany, że wszystkie wilki są zakłamane i moralnie podejrzane. Tak działa symbolika i tak od wieków działa język. Gdy mówimy o „krokodylich łzach”, nie oskarżamy krokodyli o fałsz emocjonalny, „ośli upór” nie jest mową nienawiści wobec osłów, a „świńskie zachowanie” nie prowadzi do społecznego wykluczenia trzody chlewnej.
Idąc tokiem rozumowania ministerstwa, należałoby stworzyć osobny departament do spraw rehabilitacji zwierząt pokrzywdzonych przez polszczyznę. Żmije mogłyby domagać się przeprosin, kury protestować przeciwko „kurzemu móżdżkowi”, a osły wystąpić o odszkodowanie za kilka stuleci językowej dyskryminacji.
Absurd? Oczywiście. Tyle że właśnie na takim poziomie intelektualnym zbudowano ministerialną kampanię.
Ponad dwa tysiące lat do urzędniczej korekty
Szczególnie kuriozalna jest próba poprawiania sentencji „człowiek człowiekowi wilkiem”, ponieważ jej korzenie sięgają starożytności. Łacińskie „homo homini lupus” od wieków służy opisowi ludzkiego okrucieństwa, egoizmu i bezwzględności. Wilk pełni w tym zdaniu funkcję symbolu, a nie oskarżonego.
Nie jest pozwanym, ofiarą mowy nienawiści ani „stygmatyzowanym przedstawicielem mniejszości gatunkowej”, choć ministerialna grafika niemal właśnie tak go przedstawia. Próba odczytywania dawnej sentencji tak, jakby była wpisem w mediach społecznościowych napisanym wczoraj przez aktywistę, jest intelektualnie infantylna.
To przykład myślenia, w którym historia, kontekst i kultura przegrywają z ideologiczną potrzebą poprawiania świata według aktualnie modnego słownika.
Język to dziedzictwo, nie instrukcja zoologiczna
Przysłowia, sentencje, symbole i związki frazeologiczne są częścią dziedzictwa kulturowego. Niosą ślady dawnych wierzeń, religii, literatury, historii i sposobów, w jakie kolejne pokolenia opisywały rzeczywistość. Nie są podręcznikiem zoologii i nigdy nim nie były.
„Człowiek człowiekowi wilkiem” nie jest opisem biologii wilka, „wilk w owczej skórze” nie jest poradnikiem rozpoznawania drapieżników, „wilczy bilet” nie jest dokumentem wydawanym przez watahę, a „wilczy apetyt” nie jest diagnozą zaburzeń odżywiania dzikiego zwierzęcia.
Można i trzeba edukować ludzi o wilkach. Można wyjaśniać ich rolę w ekosystemie, prostować nieprawdziwe informacje i uczyć właściwego zachowania podczas spotkania z dzikim zwierzęciem. Walka ze związkami frazeologicznymi nie jest jednak edukacją.
To próba tresowania języka.
Gdy ideologia chce poprawiać rzeczywistość
Te działania są, moim zdaniem, kolejnym dowodem na to, że obecne kierownictwo Ministerstwa Klimatu i Środowiska coraz częściej zachowuje się nie jak administracja państwowa, lecz jak zespół ideologów przekonanych, że rzeczywistość należy nie tyle opisywać, ile wychowywać i poprawiać. Politycznymi decyzjami ingerują w kolejne obszary życia, a teraz najwyraźniej uznali, że naprawy wymaga również dziedzictwo językowe.
Przysłowia, sentencje i frazeologizmy, które przetrwały setki, a niektóre tysiące lat, mają stanąć przed urzędniczym sądem poprawności. Nie dlatego, że są niezrozumiałe, błędne albo przekazują fałszywą wiedzę zoologiczną. Po prostu ideologom nie podobają się skojarzenia, które niosą.
To już nie jest ochrona przyrody. To urzędnicza pycha połączona z przekonaniem, że państwo powinno wychowywać obywatela nawet w zakresie używanych metafor.
Najbardziej obraźliwy stereotyp? Obywatel jako idiota
Najpierw polityka mówi człowiekowi, co ma myśleć o wilku. Potem podpowiada mu, jakich zwrotów nie powinien używać, a wreszcie zaczyna poprawiać metafory odziedziczone po starożytności, Biblii i całych pokoleniach użytkowników języka. Trudno o bardziej groteskowy przykład ideologicznego zadęcia.
Najbardziej irytująca jest przy tym protekcjonalność całej kampanii. Urzędnicy najwyraźniej zakładają, że przeciętny człowiek nie potrafi odróżnić metafory od biologii. Według tej logiki powiedzenie „człowiek człowiekowi wilkiem” ma automatycznie budować nienawiść do drapieżników, a dwa słowa „wilczy apetyt” mogą zaszkodzić społecznemu wizerunkowi wilka.
Być może więc najbardziej obraźliwym stereotypem w tej kampanii nie jest stereotyp wilka. Jest nim stereotyp obywatela jako idioty, któremu urzędnik musi objaśnić, że wilk nie rozumie przysłów.
Wilk sobie poradzi. A zdrowy rozsądek?
Gdyby pod tymi grafikami nie widniała nazwa Ministerstwa Klimatu i Środowiska, można byłoby uznać je za parodię współczesnego aktywizmu. Niestety to oficjalna komunikacja instytucji państwowej, dlatego sprawa przestaje być wyłącznie śmieszna i zaczyna być niepokojąca.
Pokazuje bowiem sposób myślenia, w którym ideologia zyskuje pierwszeństwo przed historią, kontekstem i zwykłym zdrowym rozsądkiem. Urzędnik nabiera przekonania, że ma prawo poprawiać nie tylko rzeczywistość, lecz również język odziedziczony po poprzednich pokoleniach.
Polszczyzna przeżyła zabory, wojny, cenzurę i urzędową nowomowę, więc prawdopodobnie przeżyje także akcję #WłączamyDobryKlimat. Wilki również sobie poradzą.
Wilka nie trzeba chronić przed polskimi przysłowiami. Polszczyznę warto natomiast chronić przed ideologami z urzędową pieczątką.












